czwartek, 6 grudnia 2007

calvin i hobbes

Witajcie :) chwila ciszy i mocny come back ... to przepis niejednego sukcesu !!!
tak więc dziś zgodnie z nastrojem:

mama- wstawaj calvinie, już trzeci raz cię budzę!
calvin- nie chcę wstawać (...)
m- ale musisz, czy chcesz czy nie, więc rusz się!
c- do twojej wiadomości: nie muszę robić nic czego nie chcę robić!!
m- tak??
c - potrafi człowieka skłonić żeby czegoś zechciał.
/calvin już na przystanku autobusowym/
c- nie chcę wsiadać do autobusu, nie chcę iść do szkoły, wogóle nie chcę tu być.
mam już dosyć tego, że bez przerwy wszyscy mi mówią, co mam robić! nienawidzę
takiego życia! wszystkiego nienawidzę! chciałbym umrzeć...
no może nie...lepiej nie... chciałbym żeby wszyscy inni umarli!

(...) nic tak nie leczy złego humoru jak podzielenie się nim z kimś innym (...)
bill waterson calvin i hobbes- zemsta pilnowanych





czwartek, 29 listopada 2007

samotność...


Ludzie poruszają się po wytyczonych przez los albo przeznaczenie - obojętnie jak to nazwać - trasach. Na mgnienie oka krzyżują się one z naszymi i idą dalej.
Bardziej niż rzadko i tylko nieliczni zostają na dłużej i chcą iść naszymi trasami.
Zdarzają się jednak i tacy, którzy zaistnieją wystarczajaco długo, aby chciało się ich zatrzymać. Ale oni idą dalej.

Nie ma to jak dobry kawałek dobrej prozy do poczytania :)
Zanim zasypie was całą toną cytatów z najnowszego nabytku J.L. Wiśniewskiego - wspomnienie czegoś co już było czyli odgrzewamy Samotność w sieci.

Droga, którą wybrać .. z kim znaleźć .. z kim zgubić?
A i tak wiadomo jest, że są ludzie :P krzesła i taborety ?? czołgiści?? Ja muszę powiedzieć, że nie zawsze szczęśliwie mi się na ścieżkach z współpodróżnymi układało... naiwność niestety brała często górę, i kończyło się to jakąś dziwną frustracją, może dzięki temu mogę też powiedzieć, że spotkałam na swojej drodze sporo dobrych i sympatycznych myślących ludzi :) chciałam napisać normalnych, ale komentarz mojej siostry mnie powstrzymał.

Więc bez zbędnego filozofowania - żyj .. i daj pożyć innym :*

ps. Samotnym jest się wtedy, gdy ma się czas. ( to też S@motność w sieci)

środa, 28 listopada 2007

...zapadało...

No tak .. snieg ... i zapadało wszystko całkiem :)

a ja powiem tyle .. Boze czemu dałeś mi życie i główke, a wniej mózg - a nie dałeś instrukcji obsługi ...
no nic to .. ale po co są przyjaciele... zawsze można pogadać :) i pogadać ....

a cytacik na dziś:

Istnieją dwa rodzaje głupców - tacy, których łatwo zastraszyć i przestają działać, i tacy, którzy sądzą, że zdołają czegoś dokonać, gdy zastraszą innych.

Cohelo

wtorek, 27 listopada 2007

alfa i omega...

Pierwsze przykazanie: nie będziesz próbował zrozumieć zbyt wiele. (znów dr Glas i Hjalmar Soederberg )

a ja właśnie cierpię .. bo chciałam zrozumieć! Eh .. mądralińska a taka głupia.
Jak można chcieć zrozumieć wszystko? Mam karę .. zasłużenie tym razem .. na własne życzenie... Mam jednak nadzieje, że uda sie wszystko wyjaśnić .. i sytuacje .. i sposób ...

"gdy nadwrażliwość jest jak bilet w jedną stronę stąd" a najgorzej jak człowiek sam się okłamuje i wierzy "i przestaje chcieć" (sam sobie zamula sumienie ) potem się budzi z ręką w nocniku...

poniedziałek, 26 listopada 2007

cisza...

Za oknem śnieg - a ja ... nadrabiam zaległości. Ktoś kiedyś powiedział (nie było to tak wcale dawno), że lepiej się mnie jednak słucha, więc ... przerzuciłam się troszkę na przekaz mówiony. Ale to nie to samo .. troszkę mi tego brak.

... coś co już dawno napisałam, ale nie miałam odwagi wrzucić. Poleżało, dojrzało więc:

Wracając któregoś razu z pracy (po to by w spokoju w domu odebrać 15 tysięcy telefonów od jakichś audytorów czy ewaluatorów czy innych „orów” bo tak ostatnio wyglądają moje jakże liczne wolne od pracy na ½ etatu godziny) toczyłam z kolegą z pracy (który niestety musiał przeze mnie i moją nadgorliwość „nadgodzinić”) rozmowę na temat mentalności ludzi… hmmm no dobrze on by powiedział toczyłam spokojny monolog (he he he… baby już tak mają nie tylko w torebkach przesyt) ja się jednak będę upierać za określeniem rozmowa – może komentarze z jego strony padały rzadko – za to wzrok czy może reakcja mimiką twarzy mówiła wiele…nie wiem czy świadomie czy nie zmusił mnie do zastanowienia się nad tym co ludzie swoją osobą i zachowaniem chcą osiągnąć. Doszłam do jakichś pokręconych wniosków, które chyba lepiej wyraża Hjalmar Soderberg (nie, nie był Niemcem!)…

„Człowiek pragnie być kochany.

Z braku miłości – chociaż podziwiany,

Z braku podziwu pragnie wzbudzać strach,

A jeżeli nie osiągnie nawet tego, to pragnie wzbudzać chociaż wstręt i pogardę,

Chce poruszać ludzkie uczucia.

Dusza wzdraga się przed próżnią, chce kontaktu za wszelką cenę.”

Dr Glas


Moje pytanie na dziś – kiedy człowiek traci świadomość…Świadomość celu czy sensu kontaktu z ludźmi… Wstręt i pogarda obrane sobie za cel działania? Świadomie?! Nieświadomie?? A czy brak świadomości usprawiedliwia w tym wypadku czyny? Niewiedza podobno nie … między świadomością a wiedzą cienka granica… Może należy się zwrócić do prawników? Proszę mnie źle nie zrozumieć (eh znowu się tłumaczę…jakiś nawyk) nie o to chodzi, jak co komu wychodzi…wiem, że „z przeszłości każdego z nas można równie dobrze wykroić życiorys wielbionego męża stanu, jak i przestępcy.” (Kundera; Śmieszne Miłości)… ale to nie tak … przecież … to już nie chodzi o egoizm …

niedziela, 21 października 2007

Blog … znowu niedzielny

Może to nie był dobry pomysł, żeby czekać do dziś… ale może ta oaza to jednak chęć „dania się mimo wszystko oszukać”, bo przecież wszyscy tak maja więc czemu ja nie – i tu lądujemy na syndromie chciecia miecia i już po ptakach… ale może powoli i od początku.

Urodziłam się cudnego poniedziałkowego poranka (he he he) taki mały żarcik dla tych co jednak czytają- spokojnie nie cofniemy się dalej niż 2 tygodnie J obiecuje.

Poprzedni weekend spędziłam w bardzo miłym towarzystwie, i w tym miłym towarzystwie po pierwsze dałam się zaskoczyć zaręczynami przyjaciółki, zaręczynami moim zdaniem za szybkimi … i takimi trochę na wyrost … i nie jest to tylko głupia babska zazdrość (skoro mi się nie udaje to, dlaczego jej ma się udać??) ale może obawa, że po pierwsze „narzeczony” nie jest dość dobry (co nie znaczy, że jest zły- jak bym powiedziała, że jest prawie… to może odda moje odczucia) zresztą nikt mnie o zdanie nie pytał, a zaręczyny to jednak wesołe (preludium do wesela?) Wydarzenie, a moja reakcja nie była właściwa…, ale zarówno zaręczyny jak i niezręczność reakcji sprowokowały rozmowy o miłości – czymże jest ona właściwie? Po kilku nie do końca pacyfistycznie spędzonych godzinach, już z delikatnie nietrzeźwym podejściem ustaliliśmy, że zarówno narzeczeni (obecni już tylko tą lepszą połówką :P) jak i reszta wesołego towarzystwa nie bardzo wie czymże ta miłość ma być. Po tak niepokojącym weekendzie pytając na prawo lewo spotykanych znajomych, kolegów z pracy (tak tak romantyzm – to irracjonalne uczucie :P) nie dostałam, żadnej odpowiedzi… z pomocą przyszła mi znowu książka. Spokojnie nie jest to Rilke czy inny Mickiewicz – a zwykła charakteryzująca się makgajwerowskim podejściem do życia (zabili go i uciekł) pani Dominika Stec – w swojej książce – pisze, że miłość to oaza.

Czasem zdaje się być fatamorganą i znika jak tylko uda nam się do niej dotrzeć. Nie ma innej metody na przekonanie się o tym czy to fatamorgana czy nie tylko podejść blisko. Na tyle blisko by się napić bądź rozczarować. Nie jest to jasne przesłanie ani proste…zwłaszcza, że przy dwojgu oczu często pełnych piasku (jak to na pustyni) nie da się wszystkiego zobaczyć, dorzucając do tego jeszcze chciecie miecia (ach, zapomniałam wtajemniczyć, w sytuacji długotrwałego „nie posiadania” partnera, włącza się tudzież irracjonalne „chciecie” takiego osobnika posiadania, czyli „miecia”(nie mylić z Mieczysławem), za wszelką cenę i bez względu na to co się akurat trafi). No i oczywiście proszę o zauważenie drugiej strony – oazy – jeżeli jest ona fatamorganą – czyli złudzeniem to prędzej czy później się rozpłynie więc lepiej niż prędzej… ale UWAGA – należy próbować. I bez względu na pakiet – z jakim nasi „rodziciele” sprowadzili nas na świat w promocji lub bez– bez względu na nieśmiałość, czy złośliwość, czy może nadmierny sceptycyzm lub wewnętrzny egoizm … no .. to tyle, z teorii … co do praktyki … to niestety muszę zamilknąć. Może nie dlatego, że „tchórzostwo” mam w pakiecie, ale bardziej ze względu na „ośli upór” i „naiwność”, co niestety …nie daje dobrych rezultatów.

Weekend weekend i już po niedzieli – czytaj poniedziałek u progu, niestety tenże weekend nie wniósł nic nowego do sprawy…, mimo iż był równie miły. O.. Może jednak – udało mi się skojarzyć pioseneczkę do wyżej wspomnianej teorii … a wiec nie ma nie ma wody na pustyni… czyja to jest sprawa czyja wina?

Miłego poniedziałku J

środa, 10 października 2007

Nowy Nowa :) Nowak :P

Cisza przed burzą, a ja dziś w po-pępkowym nastroju zaintonuje
w temacie narodzin i urodzin - bo ostatnio w takie wydarzenia obfituje moje cuuudowne życie :D
(no dobrze ... dzieją się i inne rzeczy, złe i denerwujące, ale obiecałam sobie, że denerwować się będę tylko w celu przyśpieszenia krążenia i odsinienia skóry, bo niestety w pracy kosta *
*nie mylić z costa brava :P)


Niesamowite wrażenie mieć na rękach dzieciątko, które po 17 godzinnej akcji przychodzenia
na świat - cudownie się uśmiecha, a jego mamusia mimo totalnego zmęczenia nie patrzy na niego ze złością ... mówi z rozanieleniem mój okruszek. Malusi Nowaczek :)

Maluszkowi dużo zdrówka, a Mamusi - rozanielenia do końca
- co by nie było, że za jakieś 25 lat będzie przeklinać moment przyjścia maluszka na świat ... bo zamiast osłodzić życie i być nadzieją na lepszą przyszłość młodzieniec będzie pokazywał pazurki i prawdziwe oblicze, które nie będzie może pozbawione szacunku dla rodzicielki, ale będzie obrazem nędzy i rozpaczy... młodzieńczego buntu!
*Jak to jest, że nie wszyscy robią użytek z głowy, a właściwie z jej zawartości?
*Jak to jest, że mimo iż stwierdzone zostało występowanie kuleczek - to w tym "dziwnym wieku" nie robi się z tego użytku?
*Czemu odbija się to na najbliższych?
*Czemu - nawet etos rodziny- nie jest żadną wartością ... a patologią?
*Czemu w jakimś głupim rewolucyjnym pędzie w imię ideałów, niszczy się stary świat ... niszcząc ... i czy jest na to jakaś rada????

Nie wiem czy to retoryczne pytania... na wszelki wypadek zostawiam pytajnik na końcu - może jest na tym świecie ktoś kto wszystko wie i potrafi też logicznie takie rzeczy wyjaśnić?

A dziś kolejne urodziny(najlepszego Alu :) ... jutro też :) i w piątek też jedne ...
A nie starzeje się ten kto nie ma na to czasu - powiedział ktoś mądry - wracam więc
do środowego zachrzanu ... może jak będę szybciej pisała to mi palce
od klawiatury odmarzną?

poniedziałek, 8 października 2007

podróże i literatura...kształcą :)

Pojechała … i wróciła!

Nie będę pisać, że było miło, bo musiałabym mocno skłamać. No dobrze niech będzie, było miło ale wysoce wkurzająco! Żeby oddać nastrój weekendu musiałabym chyba zacytować przytoczony etos „kultury śląskiej rodziny”, która to w 90% cierpi na przypadłość „katolickiego alkoholizmu”, ale mimo wszystko darzy się przykładną miłością i szacunkiem, i tu należy przytoczyć przykład tego etosu - obrazowo - tradycja mówi, że żona mężowi, który całe życie się nad nią pastwił bez zmrużenia oka wybacza wszystkie nieprawości na łożu jego śmierci …

Do tej pory nie jestem w stanie pojąć gdzie tu etos – nie wspominając o tym jak się ma do tego szacunek, no miłość przy odrobinie fantazji można by tam gdzieś wcisnąć! O!

Były również miłe akcenty tego weekendu – co najmniej „równościowe” długie (hmmmm może lepszym określeniem będzie mocno zintensyfikowane) dialogi, czy też wspomnienia na tematy „chciecia miecia” (a ta teoria mam nadzieje szybciej niż później doczeka się swojego wyjaśnienia – zwróciłam się już do TWÓRCY myślę, że jest to najlepsze rozwiązanie zarówno dla Was jak i dla mnie:) dzięki raz jeszcze za miłe śląskie aspekty, które pomogły zarówno w walce z patosem etosu jak i z żołądkówką (proszę nie mylić z wódką!!), które nieprzyjemnie doświadczały podczas tego przedłużonego końca tygodnia.

Kolejnym pozytywem minionego weekendu może być również stwierdzenie, że kocham PKP... Człowiek dziwna istota darzy miłością najróżniejsze rzeczy, z bardzo różnych powodów- mój jest prozaiczny – dzięki długiej podróży miałam czas na ostatnio zaniedbane przyjemności, po pierwsze czytanie a po drugie …swobodne myślenie :P (no może nie tak do końca swobodne).

Korzyści z tego następujące – przypomniało mi się jak mocno się zarzekałam, że na moim blogu nie będę męczyć tylko moimi wypocinami – ale też będę cytować mądrych tego świata (nie żeby znowu mądrzejszych ode mnie). I tak z racji olbrzymiego „szacunku” do lokalnych twórców palmę pierwszeństwa przejmie niejaki Pan Kowalewski.
Wpadła mi w ręce ostatnia jego pozycja – Ekscentrycy. Musze powiedzieć, że bardzo bardzo godna polecenia.
Może bardzo subiektywnie wybrany cytat – ale to tak pod ten etos – wybaczcie!

„Potrzeby kobiet są nieporównywalne, z góry tragiczne. Ogromne, niesprecyzowane nadzieje na nie wiadomo co, które wpychają w uległość, każą się poddawać, robić rzeczy najpodlejsze i najgłupsze, znosić upokorzenia tylko po to, żeby na końcu zawsze przegrać.”

Trafne .. bardzo trafne… ale co by nie dawać mylnego obrazu jeszcze kawałek … też mocno subiektywnie do dzisiejszego tematu wybrany.

„Polski kac. Nie dość, że łeb urywa z bólu, że w gardle żużel wulkaniczny, że rzygać się chce, a brzuch, serce, uda – jedna galareta, to jeszcze strach, wyrzuty, ciężar grzechów całej ludzkości, od Herolda Wielkiego począwszy. Pierwsza trzeźwa myśl- na dworzec, bilet byle dokąd i w pociąg, aby jak najdalej.”

Powiem tak- piękne metafory, iluzje, przenośnie. Eh i do tego zabawa stylistyką i słowem. Rozkosz... Może jednak sięgnę po „Bóg zapłacz”. A Wam miłego poniedziałku!!!

Ps. Mam nadzieje, że nie myślę za szybko – jak coś – chętnie zastosuje moduł klatka po klatce- proszę tylko szybko o info – zanim zapomnę- co autor miał na myśli…

środa, 3 października 2007

kicha.. czyli jesienne zarazliwe zabieganie

Nie wiem dlaczego wszyscy zawsze mówią o jesiennej zadumie nad życiem ... jesiennych wieczorach pogrążonych w czytaniu dobrej książki (tęsknota...) czy degustowaniu rozgrzewających trunków. Ja się zawsze nie mogę nagimnastykować żeby jesienią związać koniec z końcem. Odkąd pamiętam - zawsze to jesień czas albo początku roku - to trzeba szybko jakieś książki .. rok sie niby zaczynał - i niby lekcji nie wiele (do nauczenia) ale zawsze dużo biegania - to jeszcze tu to jeszcze tam, a potem jeszcze jakaś "wrześniowa" człowiek by chciał odpocząć, ale nie .. nie da sie bo już znajomi wrócili i należy jeszcze jakieś zajęcia przenieść czy zmienić grupę (czytaj kawa termos i w kolejkę do pani dziekan:P) albo jeszcze zostały jakieś wolne fundusze - co się tu czy tam przyoszczędziły i "szkoda by było oddać" a pomysłów pełna głowa ... albo się jakieś właśnie realizowane pomysły kończą i co .. i brak jakiegoś papierka .. I tak jakoś wszystko ciężej idzie .. człowiek wstaje zmęczony .. ciśnienie nie to .. nastrój nie ten .. deszcz znowu pada .. albo ostatki słońca przebijają przez kolorowe liście i jakoś tak szkoda pogody na takie pierdoły jak papierki. Ach .. zapomniałabym .. i jeszcze jakaś pigwa czeka na litość zasypania cukrem co by się mogła zimą przydać. Nie wiem dlaczego więc wszyscy w zadumie jesiennej utrudniają jeszcze i tak już trudne zadania - za dużo myślą, ciągle coś nowego im do głowy przychodzi .. i męczą nowymi pomysłami i życiowymi dylematami .. może ja się jakoś z jesienią nie zgrałam. No i te wieczne - nie .. niestety nie ma jej dziś bo ma grypę .. eh ... biednemu to i piach w oczy .. i bądź tu człowieku mądry ... nic tylko zapomnieć o całym świecie .. kazać im się odp... (tak tak .. wiem .. każde przekleństwo parę groszy do skarbonki - w tym przypadku chętnie zainwestuję) byle by mieć jesienny spokój ... A ja mimo tego całego zabiegania i nie-zgrania bardzo lubie jesień. Jesień pełną papierków i pełną urodzin (he he he .. tak tak, nawet jak o nich zapominam :P) jesień kiedy nie jest za gorąco - ani za zimno :D jesień kiedy trzeba szybciutko jeżyny zebrać i odpowiednio zaprawić. A zwłaszcza jesień kiedy człowiek siedzi po nocach bo doba jest niestety za krótka. I lubię też piosenki o jesieni - nawet te o wsiadaniu do pociągu :) OK :) komu w drogę temu .. BILET :) biegnę więc... plecak już spakowany - za godzinę odjazd - czas jazdy - ok.11 h! 3majcie kciuki, żeby była spokojna...

niedziela, 23 września 2007

rozmyślania...

Niedziela wieczór .. jakoś pierwsze co mi przychodzi na myśl to to, że jutro niestety poniedziałek- niestety nawet jeżeli będziemy myśleć o nim jak o wtorku nic to nie zmieni.
I wiem, że znajdą się tacy co z ciężkim sercem śpiewają "tell me why I don't like mondays?" i ja z przykrością muszę stwierdzić, że nie wiem cóż można na to poradzić .. chyba nie ma lekarstwa na poniedziałki (do tej pory nie słyszałam, żeby jacyś naukowcy coś wymyślili) i ważniejszym pytaniem było by nie cytowane "dlaczego nie lubię poniedziałku" ponieważ "nielubienieponiedziałków" należy uznać za aksjomat! Lepiej zapytać - co można zrobić by poniedziałek polubić!!! Może ktoś by się tym zajął?
Mi osobiście przychodzą dwa sposoby do głowy - 1'szy z wykorzystaniem autosugestii, 2'gi z wykorzystaniem brzytwy!

I tak - w przypadku autosugestii należy sobie wmówić, że się "kocha poniedziałki", że to cudowny początek nowego tygodnia - skoro nie można czegoś zmienić to należy to pokochać takim jakie jest :) Jest to pewien sposób! Znam osobę, która zastosowała tę metodę do obowiązków domowych - i nie uwierzycie być może - działa znakomicie!! Miałam okazje usłyszeć, jak walczy o zmywanie naczyń :)

Natomiast druga metoda - znacznie trudniejsza - bo związana z ostrym narzędziem! Tak jak tonący się brzytwy chwyta - tak my chwyćmy się czegoś pozytywnego w nadchodzącym poniedziałku! Znajdźmy powód, dla którego ten dzień lepszy jest od innych i się tego kurczowo trzymajmy! Nie wiem czy działa - muszę sprawdzić .. jak dożyje to Wam oczywiście powiem :P



Eh ... a wcale nie chciałam pisać o jakichś tam "cudownych poniedziałkach"... Pomysł był inny ... chciałam napisać o "krwawej potyczce", "bezalkoholowym długim pifnym piątkowym wieczorze" co się wieki planował, "niepokojąco" rozwinął i bardzo sympatycznie aczkolwiek ziiimno skończył , i o "sabrinach, gilach, puckach" i o KlonowychRóżach i o Na-Leśnikowym Warchlaczku, o suuuper jaszczurkowych toastach , i o sile grawitacji co wcale nie jest wprost proporcjonalna, i o twórczym końcu lata, który tak cudownie - aczkolwiek nieoczekiwanie przyszedł ... Jednym słowem o moim weekendzie - jakże innym niż planowany! Eh, tak już jest w życiu, że nie wszystko wychodzi tak jak się planuje, jest inne niż człowiek by chciał! A propos "chciał" Siostrzyczko koffana - jak widzisz - weny nie brak :P i mam nadzieje, że tak pozostanie :P Myślę, że większym problemem będzie cierpliwość do czytania - ale idą "z nadzieją" długie jesienne wieczory!

piątek, 21 września 2007

Łagodzenie obyczajów...:D

Drugi post, a już tak bardzo agresywnie... Sis trzeba powoli ... taki zwykły czytelnik, cóż on biedny "Żuczek" poradzić może .. taka powiedzmy "ja", czy ja coś rozumie, trzeba jaśniej klarowniej ... i o neuronach też nie każdy ... Wiec aby zatrzeć te złe wspomnienie ja zacznę ładniej, łagodniej ... ups ... i tu skończyła sie inwencja ... bo żeby być taka mądrala, choćby nawet mała mądrala potrzeba pomysłu i twórczej finezji nie wystarczy "mocna obróbka" trzeba też cosik swojego ... i znów zaczynają sie schody, bo cóż - zwykłemu śmiertelnikowi wystarczy takiej wyobraźni na jednorazowe wyskoczenie przed szereg, a taki blog oho, to tu już jest kolejny problem, jest cały czas, a jeśli jeszcze ten jednorazowy post zgromadzi sobie liczne uznanie to wtedy czytelnicy będą domagać sie większej ilości twórczości ... i tu zazwyczaj ponosi sie klęskę, bo pomysłu brak.I z tego miejsca pragnę uprzedzić bloggerów, że nie zawsze będzie super, ba nawet bardzo rzadko tak będzie.. i tym optymistyczny akcentem ...
pozdrawiam :)

p.s. Chyba nie bardzo łagodnie .. och mówi sie trudno i płynie sie dalej ..

p.p.s Just keep swimming .. just keep swimming.. :P:P

czwartek, 20 września 2007

Na ostro ;)

Miało być ostro? Będzie ostro :) na życzenie "nyczelnego kerownika" mości grafika
Chciałeś - masz!
Jak mogłeś się łudzić, że napisze coś o Tobie w moim cuuudownym skąd innąd blogu? Nie ! Nie ! Nie ! I proszę nie myśl, że zajmujesz jakieś tam miejsce w moim życiu! ... ale chwileczkę ... może jednak stanowisz niezmordowany przykład jak być Roninem! Przykład bezsensownych debat toczonych pseudo-uczonym tonem, i przykład fizolofowania na jednym neuronie! Jesteś więc swoistą negatywną kampanią (prawie jak PO :) jak pewnych rzeczy w życiu robić się nie powinno :) pozdrawiam, i współczuje TYM co z Tobą w jednym pokoju (do BOJU chłopaki !!) i to będzie koniec - ostrego jechania po "współ-pracujących" :) ... do następnego razu :P

ps. może PIfKO piątkowego wieczoru na złagodzenie szkodliwych warunków tudzież nadgodzin ??

środa, 19 września 2007

...ale to już było - czyli skarpetkowe misterium :)

Hasło na dziś to odgrzewanie czegoś co już kiedyś się pojawiło i porwało masy do dyskusji! Ciekawy temat i w dobie abstrakcyjnych pojęć, zmagań, nagrań i różnych dziwnych (czytaj niewykonalnych) zadań, które mnie z zewsząd otaczają jakże realny i codzienny! Zajmując sobie głowę różnymi wirtualnymi rzeczami tracimy kontakt z rzeczywistością - a to jej bardzo realny wymiar :P zapraszam więc do lektury niesamowitej rozprawki! Wybaczcie błędy, autorką tekstu jest moja ulubiona "cudzoziemka" !
Skarpetkowe misterium czyli dokąd wybierają sie te tysiące skarpetek, których już po praniu nie ma???
Już moja mama narzekała, odkąd sobie przypominam, na znikniecie licznych skarpet podczas prania. Powiem szczerze ze nigdy tego nie traktowałam zbyt serio, ponieważ po prostu mi sie wydawało ze mama może w stresie pracującej matki nie zawsze na to uważała ze obie dwoje skarpetki jednej pary by sie znalazły w tym samym praniu i że to jest prostem rozwiązaniem na te dziwne pytanie.
Ale po mału jakoś mi sie to wydaje nieprawdopodobne. Mieszkam sama od półtora roku i nazbierało mi sie w ciąglu tego czasu w sumie 17 skarpet bez odpowiednika. Chyba niedługo w H&Mie dostane kartę "najlojalniejszego skarpetokupcy".
Desperacja.
Czy na drugiej stronie pralki może istnieje świat, w którym jest skarpetkom lepiej? Czy może skarpetki zaczęły sie emancypować wobec swojego losu wiecznego pomiatacza podłogi? Być może.
Ale to nie tłumaczy nam, dlaczego tylko jedna skarpetka pary przechodzi do tego lepszego świata... A może skarpetkom nie podoba sie los bliźniacki? Może chcą być traktowane jako niezależny unikat, tak jak spodnie, koszulki, majtki i czapki... Nie wiadomo.
W każdym razie mnie to wkurza...Kochane skarpetki, wróćcie do mnie!! Obiecam nawet, że częściej będę myła podłogę...

do tego krótka odpowiedź autorki bloga, odpowiedź jakże pozbawiona kontaktu z realiami :

to bardzo poważny temat .. i ja również już daffffno Smile natchniona myślą przewodnią mentorki (nie mojej ale zawsze!) wyruszyłam na poszukiwanie drugiej strony (i wcale nie lustra!! bom nie Alicja!!) Drugiej strony a raczej drugiego dna! doszłam(sic!) więc do wniosku ...że skarpetki ... czują się zbyt wolne... rozpiera je wręcz rozdziera energia (rzekłabym jak ADHD od wewnątrz) więc jedyną radą na niezagubienie się w wirze pędzącego świata jest delikatna sugestia...silniejszego związania się ze społeczeństwem skarpetkowym ... taka sugestia integracji .. bardzo ścisłej .. bo jeżeli odnajdziesz się w silnie zintegrowanym społeczeństwie to Cię dziury (czytaj pokusy) tego pędzącego jak "bęben pralki świata" nie wciągną ... ok .. to by było na tyle .. mam nadzieje, że mentorka zrozumiała przesłanie??


ehh.. i zrozumiała !!!

czwartek, 6 września 2007

Witam

Cieszę się ... Dałam się namówić i mam nadzieje nie będe żałować :P
Buziaki dla Tych co mnie namówili ... wiem, że nie widać ale bardzo Was cenie i cieszę się, że spotkalam Was na ścieżce mojego życia!
Wszystkim odwiedzającym miłego czytania.

ps. dzięki Mądraliński za TiP z radą na tytuł :*

(update: a jednak nie takie to proste :P)