niedziela, 21 października 2007

Blog … znowu niedzielny

Może to nie był dobry pomysł, żeby czekać do dziś… ale może ta oaza to jednak chęć „dania się mimo wszystko oszukać”, bo przecież wszyscy tak maja więc czemu ja nie – i tu lądujemy na syndromie chciecia miecia i już po ptakach… ale może powoli i od początku.

Urodziłam się cudnego poniedziałkowego poranka (he he he) taki mały żarcik dla tych co jednak czytają- spokojnie nie cofniemy się dalej niż 2 tygodnie J obiecuje.

Poprzedni weekend spędziłam w bardzo miłym towarzystwie, i w tym miłym towarzystwie po pierwsze dałam się zaskoczyć zaręczynami przyjaciółki, zaręczynami moim zdaniem za szybkimi … i takimi trochę na wyrost … i nie jest to tylko głupia babska zazdrość (skoro mi się nie udaje to, dlaczego jej ma się udać??) ale może obawa, że po pierwsze „narzeczony” nie jest dość dobry (co nie znaczy, że jest zły- jak bym powiedziała, że jest prawie… to może odda moje odczucia) zresztą nikt mnie o zdanie nie pytał, a zaręczyny to jednak wesołe (preludium do wesela?) Wydarzenie, a moja reakcja nie była właściwa…, ale zarówno zaręczyny jak i niezręczność reakcji sprowokowały rozmowy o miłości – czymże jest ona właściwie? Po kilku nie do końca pacyfistycznie spędzonych godzinach, już z delikatnie nietrzeźwym podejściem ustaliliśmy, że zarówno narzeczeni (obecni już tylko tą lepszą połówką :P) jak i reszta wesołego towarzystwa nie bardzo wie czymże ta miłość ma być. Po tak niepokojącym weekendzie pytając na prawo lewo spotykanych znajomych, kolegów z pracy (tak tak romantyzm – to irracjonalne uczucie :P) nie dostałam, żadnej odpowiedzi… z pomocą przyszła mi znowu książka. Spokojnie nie jest to Rilke czy inny Mickiewicz – a zwykła charakteryzująca się makgajwerowskim podejściem do życia (zabili go i uciekł) pani Dominika Stec – w swojej książce – pisze, że miłość to oaza.

Czasem zdaje się być fatamorganą i znika jak tylko uda nam się do niej dotrzeć. Nie ma innej metody na przekonanie się o tym czy to fatamorgana czy nie tylko podejść blisko. Na tyle blisko by się napić bądź rozczarować. Nie jest to jasne przesłanie ani proste…zwłaszcza, że przy dwojgu oczu często pełnych piasku (jak to na pustyni) nie da się wszystkiego zobaczyć, dorzucając do tego jeszcze chciecie miecia (ach, zapomniałam wtajemniczyć, w sytuacji długotrwałego „nie posiadania” partnera, włącza się tudzież irracjonalne „chciecie” takiego osobnika posiadania, czyli „miecia”(nie mylić z Mieczysławem), za wszelką cenę i bez względu na to co się akurat trafi). No i oczywiście proszę o zauważenie drugiej strony – oazy – jeżeli jest ona fatamorganą – czyli złudzeniem to prędzej czy później się rozpłynie więc lepiej niż prędzej… ale UWAGA – należy próbować. I bez względu na pakiet – z jakim nasi „rodziciele” sprowadzili nas na świat w promocji lub bez– bez względu na nieśmiałość, czy złośliwość, czy może nadmierny sceptycyzm lub wewnętrzny egoizm … no .. to tyle, z teorii … co do praktyki … to niestety muszę zamilknąć. Może nie dlatego, że „tchórzostwo” mam w pakiecie, ale bardziej ze względu na „ośli upór” i „naiwność”, co niestety …nie daje dobrych rezultatów.

Weekend weekend i już po niedzieli – czytaj poniedziałek u progu, niestety tenże weekend nie wniósł nic nowego do sprawy…, mimo iż był równie miły. O.. Może jednak – udało mi się skojarzyć pioseneczkę do wyżej wspomnianej teorii … a wiec nie ma nie ma wody na pustyni… czyja to jest sprawa czyja wina?

Miłego poniedziałku J

Brak komentarzy: